główna     serwis tańca     wszystkie recenzje

serwis tańca - wolna strefa



Internationales Tanzfest Berlin
Tanz im August
15-31 sierpnia 2002 r., Berlin

dla serwisu tańca
festiwal recenzuje Edyta Kozak


Sezon letni wydaje się być sezonem największych festiwali nie tylko teatralnych i muzycznych ale i festiwali tańca. Po wydarzeniach w Awignon, Montpelier, Wiedniu, Amsterdamie wszyscy miłośnicy tańca spotkali się w Berlinie na Tanz im August. Pomimo pustych kieszeni państwowej administracji, która zapowiedziała redukcję budżetów nawet o 50% Festiwal nie oszczędza. Największe zespoły tańca co roku pokazują się w Berlinie. W tym roku był i Merce Cunningham, Saburo Teshigawara, Batsheva Dance Company, a także po 10 latach na tej samej scenie - Meg Stuart. Sale Hebbel-Theater, Schaubuhne, Halleschen Ufer, Podewil i sophiensaele wypełnione były po brzegi i mimo że zespoły grają po kilka spektakli, biletów już nie ma.

Na festiwal pojechałam aby zobaczyć młode zespoły i choreografów. Choreografów, których nie znam, albo tych, których działania artystyczne obserwuję, a jeżeli pokazuje ich berliński festiwal, jest szansa, że są już gotowi do międzynarodowych prezentacji. Nie było jednak aż tak dobrze.Co prawda duże wrażenie na widzach wzbudził zespół "Les Ballets du Grand Maghreb" z Brukseli, który od 2 lat tworzą byli artyści Van Vendakaybus - Ultima Vez. Spektakl "Inn tidar" - (po arabsku znaczy "oczekiwanie") pokazał codzienne zachowania i problemy dwóch mężczyzn w Maroko. Było więc charakterystyczne chodzenie po kwadracie patio i pokrzykiwanie, popołudniowy odpoczynek, ciągłe rozmowy, handel papierosami... Tancerze zabrali widzów w podróż po Marakeszu, ale nikt nie wiedział kto kogo prowadzi: czy Ali, który widzi czy też niewidomy Said.

Mnie niestety nigdzie nie doprowadził, gdyż oprócz "phisical theatre a'la Vandekeybus" w pięknej scenografii wzorowanej na islamski "kwadrat" otoczony motywami arabskich krat z zewnętrznym korytarzem, była to jeszcze jedna historia codziennego życia, którą wolałabym oglądać na żywo, a nie ubarwioną zachodnimi stylami tańca, charakterystycznymi dla trochę innej kultury.

Prezentacja młodej sceny tańca współczesnego w Berlinie, służy głównie promocji nieznanych choreografów i pomocy w nawiązaniu kontaktów z promotorami z zagranicy. Stąd wielkie zainteresowanie widzów, którzy czekają na odkrycie kolejnego artysty, który być może stanie się gwiazdą światowej sceny (jak Sasha Waltz czy Meg Stuart przed laty). Jednym z takich spektakli była składanka młodych artystów z Estonii, Rosji, byłej Jugosławii, której tytuł "young and restless" / młodzi i zaganiani/ jest dla mnie wciąż niezrozumiały...

Duet dwóch tancerek z Belgradu "Peep sorrow" w dość banalny sposób interpretował zamknięty kraj otoczony ze wszystkich stron granicami. Świetnie odtańczone solo Dari Buzovkiny z Moskwy "Just...", mimo próby pokazania momentu dojrzewania dziewczyny, było tylko świetnie odtańczonym solo. Choreografia Renate Keerd z Talina "Mystical Sound On Snoring Night" na 3 tancerzy była młodzieńczą interpretacją relacji pomiędzy dziewczyną a dwoma chłopakami, charakteryzującą się wielka łatwością w komponowaniu ruchu.

Ciekawym okazał się dopiero duet z Talina. Kroot Juurak i Merle Saarva w "camouflage" w sposób ironiczny i bezpretensjonalny stawiają pytania dotyczące performera. Jego potrzeb i wyobrażeń. Odzierają one ze świętości "nietykalnego" artystę, przedstawiając go jako człowieka pełnego rozterek, stawiającego sobie pytania o miejsce artysty w dzisiejszym świecie. Po ok. 15 minutach chodzenia, pojawiania się, biegania "bycia" na scenie, Kroot siada na widowni i zaczyna zadawać pytania Merle, która wciąż jest na scenie. Padają bardzo konkretne pytania: co robisz? czy jest ci to potrzebne? czy myślisz że się podobasz? o czym myślisz kiedy patrzysz na nich? Nie wiemy do końca czy artystka siedząca na widowni prowadzi dialog na poziomie artysta-artysta czy też jest już krytycznym widzem, które głośno wypowiada to, nad czym często się zastanawia. Jesteśmy więc świadkami szczególnej sytuacji, w której artysta stając się jednym z nas, widzów, odkrywa w sposób dwoisty problemy tak artysty jak i widza.

Szczególności tej scenie dodaje jeszcze różnica w fizyczności tych dwóch twórczyni spektaklu. Kroot wysoka, piękna, smukła z bardzo długimi, rudymi włosami, która jest niepewna i nieśmiała w swoich ruchach oraz Merle niższa, tęższa z ciemnymi krótkimi włosami z widoczną, zaawansowaną ciążą. To właśnie ona poddawana jest serii pytań, na które głośno szuka odpowiedzi. W tym kontekście pojawia się więc kolejne pytanie dotyczące humanizmu w tym mało humanistycznym świecie tańca.

Na pewno najmocniejszym punktem wieczoru był Hooman Sharifi. Urodzony w Iranie, od 14 lat mieszkający w Norwegii. Ten gruby, charakterystycznie poruszający się mężczyzna zaskakuje swoją niesamowitą ekspresją. Nie tylko siłą ruchu, ale także problemów jakie porusza w tańcu. W "Suddenly, anyway, why all this? while I..." używa fotografii ze swojego dzieciństwa, tekstów Becketta i muzyki pomiędzy hip-hopem a jazzem. Rozdaje siedzącej w różnych miejscach sceny widowni zdjęcia, które 2 lata wcześniej wstrząsnęły światem: Iran. Ojciec siedzi pod murem i trzyma w rękach 5 letniego syna. Wokół strzelanina. Swoim ciałem ochrania dziecko. Jakaś kamera nagrywa ten moment, który jest sytuacją bez wyjścia. Najpierw ojciec dostaje, potem ginie dziecko.
Historia jest wstrząsająca, ale środki jakich używa Sharifi jeszcze bardziej ją podkreśla. Jego klasyczny już upadek na plecy spowodował wyjście aż kilkunastu osób, które nie były w stanie udźwignąć tak fizycznej jak i emocjonalnej strony spektaklu... Mimo, że ma on przybliżyć "jakieś" społeczeństwo, to historia jest tak uniwersalna że czujemy jak dotyczy każdego z nas. Choreografia Hoomana jest osobistą refleksją na temat sytuacji człowieka w dzisiejszym brutalnym świecie, pełną odniesień do radości i wartości życia. Stąd zaproszenie widzów najpierw do zabawy w "melodie chair", potem taniec par, taniec z sąsiadem, który siedział obok nas. Sytuacja bardzo niezręczna, jesteśmy skazani na partnera często przypadkowego, którego nie wybralibyśmy sami. Jednak już po kilku minutach wspólnego kołysania słychać śmiechy, rozmowy, a po skończonym tańcu pary wcale nie chcą się rozstawać...

Spektakl "Suddenly, anyway, why all this? while I..." w Berlinie był prezentowany już po raz ostatni. Mimo, że grany był tylko ok. 30 razy i nadal jest wielu chętnych do jego prezentacji. Według Sharifi każda kolejna prezentacja będzie tylko towarem na sprzedaż, gdyż od momentu powstania spektaklu w 2000 r., problem zagrożenia i wartości ludzkiego życia, nabrały innego znaczenia. A tematy z tym związane są najlepiej sprzedającym się towarem na całym świecie. Pomimo, że historycznie i społecznie spektakl ten ma ogromne znaczenie, dla jego twórcy jest już nieaktualny. Proponuję więc zdążyć na kolejny spektakl Hoomana Sharifi, "Then such silence since the cries were last heard" zanim historia się powtórzy...

© Edyta Kozak, serwis tańca


główna     serwis tańca     wszystkie recenzje



odkryć strony od 20.10.2000