główna     serwis tańca     wszystkie wywiady

serwis tańca - wolna strefa



Szukam w muzyce
nie do końca słyszalnych instrumentów
mówi Robert Przybył
o spektaklu "Sam ze sobą"

Czy Robert Przybył stara się być modny? Iść za najpopularniejszymi tendami w tańcu?

Chyba nie. Jest teraz ogromne zainteresowanie capoeirą, wszyscy muszą ją ćwiczyć - to bardzo ciekawa technika, lubię na nią popatrzeć, ale ja nie czuję potrzeby takich akurat poszukiwań. Bardziej pociąga mnie obserwacja zacierającej się w niej granicy między walką a tańcem. Ale w Polsce niewiele osób potrafi połączyć filozofię z tańcem. Wolę pracować z partnerem podczas zajęć z kontakt improwizacji, w której energia musi przepływać "z ręki na plecy partnera". Tu podobnie jak w capoeirze partnerzy nie muszą się dotykać, żeby siebie poczuć.

Nie idziesz za modą, ale niemniej trudno nie zauważyć w twoich solowych spektaklach elementów bardzo popularnych stylów: break dance'u i street dance'u..

Nie uczę się break dance'u, elementy, które prezentuję, to raczej pozostałości po dawnej niemal dziecięcej fascynacji tańcem ulicznym. Z tego okresu zostały mi elementy tego ruchu. Było mi z nim wygodniej, potem wykorzystywałem je przy Młodzieżowym Domu Kultury w Lidzbarku, gdzie tańczyłem w grupie bazującej na jazz dance, którego specyfiką też jest taki porwany, połamany ruch i gest. Jazz dance to często filmowe stopklatki - tu częściej się ciało zatrzymuje, niż nim rzuca. To o wiele ciekawsze.

W jaki więc sposób robi się efekt tzw. skoku montażowego?

Takie wrażenie powstaje w skutek napięcia mięśnia w jakimś konkretnym miejscu. Wystarczy, że pokiwasz w specyficzny sposób głową i już widz jest w iluzji, że to robot, który się zatrzymał, zaciął podczas wykonywania swojej pracy. Nie trzeba nic więcej robić. Nigdy nie robiłem analizy tego, w jaki sposób pracuję, by uzyskać konkretny efekt - po prostu jest we mnie ten impuls, mam w sobie intuicyjną świadomość gdzie on powstaje. Napięcie jednego mięśnia pociąga za sobą całą lawinę reszty ruchu.

Taki ruch jest jednak bardzo nienaturalny...

Ależ skąd! On jedynie wygląda nienaturalnie, ale przecież jest niezwykle organiczny, jak w przypadku reakcji ciała na ukłucie igłą - nie wiemy, które z naszych mięśni się napinają, ale jednak każdy z nas widzi swoją fizyczną reakcję na taki inwazyjny bodziec.

Przy solo "Sam ze sobą" nie trzeba było testować takich agresywnych metod. Co było najważniejsze w trakcie powstawania spektaklu?

Spektakl powstał dosyć sprawnie. Na sali pracowałem jedynie 4 dni - musiałem ustalić tylko jeden fragment. Cała pracę nad ciałem i jego ruchem determinowała wybrana przeze mnie muzyka, głównie w wykonaniu Bjork. Mam kłopot z tańczeniem w ciszy, zarówno w "Kaftaniku", jak i teraz. To przyzwyczajenie z klubów jazzowych i jednocześnie moja cecha charakterystyczna. Niezwykle cieszę się z tego, że potrafię bawić się w wyszukiwanie ukrytych w muzyce, często nie do końca słyszalnych, instrumentów. W owych drobinkach, na które nie zwracamy uwagi, jest ukryta cała prawdziwa muzyka. Wiem, że wystarczy zrobić jakiś akcent w ciele i automatycznie widz je usłyszy.
Z kolei w "Kaftaniku" podstawą był ruch bardzo wolny i stylizowany na taniec derwiszów, choć nie do końca nie miał być to sensu stricto taniec arabski - nie miałem z nim nigdy styczności.

Czy widzowie mogą zobaczyć cię na scenie w spektaklach grupowych, poza solowymi spektaklami "Kaftanik" i "Sam ze sobą"?

Na razie raczej nie myślę, by zrobić z kimś spektakl. Ale z przyjemnością tańczyłem w pracy opartej na pomyśle Iwony Strupiechowskiej, która zaproponowała mi i Gosi Piechocie zrobienie trio "Akwarele". Pasował mi pomysł podziału sceny na dwa obszary energetyczne, gdzie w jednym rogu sceny sfera dynamiczna, a w drugim oaza spokoju. Niestety odbył się tylko jeden pokaz tej pracy - podczas Dance Explosions w Gdańsku. Nie jestem zadowolony z tej prezentacji - ze względów technicznych nie udało się zawiesić szarf, które stanowiły owe centra energetyczne. Podobnie było z ramą, która miała być symbolem naszego spojrzenia na świat - aby go zobaczyć w pełni trzeba patrzeć także na to, co dzieje się poza jej brzegami... Teraz z perspektywy czasu widzę, że jest to świetny materiał, chciałbym mieć okazję nad nim jeszcze popracować, wydłużyć w nim pewne elementy.

Miałeś odwagę wniesienia elementów break dance'u z ulicy do teatru. Czy nie myślałeś o tym, by teraz teatr przenieść na ulicę?

Aby robić tego typu przedstawienia trzeba do całej pracy podejść z całkowicie nowym spojrzeniem. W tym roku uczestniczyłem, m.in. z Anią Haracz i Agą Iwaniuk w projekcie przystanku Olecko prowadzonym przez Leszka Bzdyla. Od początku wiedzieliśmy, że robimy spektakl plenerowy, ale frazy i ćwiczenia odbywały się w sali na nawierzchni podobnej do baletowej. Kiedy zrobiliśmy pierwszą próbę w butach okazało się, że stopa jest trochę unieruchomiona i np. nie mogę wykonać dobrego slide'u, że wspięcie na palce nie będzie pełne itd. Po wejściu na beton powstały kolejne problemy - nie było poślizgu przy obrotach, bo gumowe podeszwy butów hamują ruch i obrót jest wolniejszy, przy wyskokach lądowania trzeba zupełnie inaczej amortyzować, żeby sobie krzywdy nie zrobić. To problemy, o których nie myśli się na sali. Dlatego na razie nie interesuje mnie tworzenie spektakli ulicznych.

© Sandra Wilk, serwis tańca
foto i collage: Robert Przybył


główna     serwis tańca     wszystkie wywiady



odkryć strony od 20.10.2000