główna     serwis tańca     wszystkie recenzje

serwis tańca - wolna strefa


"Big Popiel. Mysia opera"
reżyseria: Andrzej Maria Marczewski
choreografia: Wojciech Misiuro
prapremiera: 1 lutego 2002 r., Teatr Rampa, Warszawa

dla serwisu tańca
spektakl recenzuje Agnieszka Ewa Brzozowska


Teatr Rampa wystawia nowy spektakl, zapowiadany jako musical, czy raczej rock-operę - "Big Popiel. Mysia opera" spółki autorskiej Grzegorz Walczak (autor tekstu) i Katarzyna Gärtner (muzyka). To uwspółcześniona wersja dwóch polskich podań - o Popielu władającym w Kruszwicy nad jeziorem Gopło i Siemowicie, praprzodku Piastów, na którego postrzyżyny przybyło dwóch bożych wysłańców.

W spektaklu wyreżyserowanym przez Andrzeja Marię Marczewskiego Popiel (Jacek Trznadel) jest nieudanym, wybrakowanym genetycznie dziełem Świetlistych (Michał Konarski i Leszek Abrahamowicz). Jako dziecko (Popielątko - Dariusz Błażejewski) przyjaźni się z Siemowitkiem (Grzegorz Jasiulewicz). Historię tej przyjaźni opowiada swojemu zausznikowi Półbabkowi (Agnieszka Wielgosz). Podanie głosi, że dorosły Siemowit pozbawi Popiela władzy, a cała historia zakończy się wielką ucztą dla myszy. W międzyczasie pojawia się wątek miłosny - Siemowit rozkochuje w sobie Sławę (Magdalena Piotrowska), kapłankę Dziewy (Agnieszka Fajlhauer).

W zamierzeniu Walczaka "Big Popiel" miał być satyryczno-ironiczną próbą oglądu polskiej współczesności. Mamy tu więc rozpasanie seksualne i feminizm - Popiel jest gejem, jego żona Popielica (Ewa Lorska) to szukająca przygód amatorka sado-masochizmu, co też sugeruje jej strój, kostium jakby żywcem wyjęty z pornograficznego filmu dla miłośników mocnych wrażeń, doczepione nie tylko do aktorek obnażone, gigantyczne biusty, penisy... Całość, i w warstwie słownej i scenograficznej ocieka wręcz seksem... Poza tym kapłanka-dziewica traci głowę na widok Siemowita, a chór Wiedźminek śpiewa "Biada, biada na Europę naszła jakaś plaga, że się baba stała chłopem, a zaś z chłopa wyszła baba..."

Mnóstwo w "Big Popielu" odniesień: do Szekspira, Wyspiańskiego, Gombrowicz i do Monty Pythona ("niemądre kroki" Świetlistych)... Szybka akcja, która chwilami zaciemnia wymowę poszczególnych scen i kwestii wypowiadanych lub śpiewanych na scenie - widz traci orientację i ma wrażenie, że nie ważne już jak i co, ważne - ile...

Osobną kwestią jest choreografia Wojciecha Misiuro do tej "Mysiej opery". Już początek spektaklu to pląsający (dosłownie) Swarożyc (w tej roli Mirosław Woźniak). Parodia klasycznego baletu połączonego za źle pojętym tańcem współczesnym. Potem jest już tylko gorzej. Jedyną naprawdę zatańczoną sceną jest ta, w której Wiedźminki wykorzystują własną inwencję - i umiejętności zdobyte w dyskotekach. Jeśli pojedyncze sceny mogłyby jeszcze budzić śmiech, to całość niestety robi przygnębiające wrażenie. Miało być śmiesznie i z refleksją - wyszło nudno i głupio. Całość - dla miłośników disco polo i kawałów o blondynkach.

© Agnieszka Ewa Brzozowska, serwis tańca



główna     serwis tańca     wszystkie recenzje



odkryć strony od 20.10.2000