główna     serwis tańca     wszystkie recenzje

serwis tańca - wolna strefa



"Viva la vida!"
Teatr Okazjonalny
reżyseria: Jacek Krawczyk, Joanna Czajkowska, opracowanie muzyczne: Andrzej Pawłowski, wizualizacje: Mateusz Skutnik, reżyseria świateł: Bartosz Cybowski, premiera: 4.12.2004, tańczą: Jacek Krawczyk, Joanna Czajkowska, Iwona Strupiechowska
2 lipca 2005 r., Park Agrykola, Warszawa
w ramach 13. Międzynarodowego Festiwalu "Sztuka Ulicy"

dla serwisu tańca
spektakl recenzuje Sandra Wilk


Tworząc choreografię inspirowaną twórczością i życiem innego artysty niezwykle trudno jest nie zbudować fabularnej biografii, czy luźnego, abstrakcyjnego dla widza, szkicu. Dlatego często się zdarza, że odbiorca czuje się bezradny, bo odczytuje jedynie klimat spektaklu wiążący się przecież jedynie pośrednio ze źródłem inspiracji. W przypadku choreografii Teatru Okazjonalnego jest jednak inaczej. Z "Viva la vida!" przebijają nie tylko tragiczne elementy historii życia meksykańskiej malarki Fidy Kahlo, ale i jej pomysł na przetrwanie za wszelką cenę, uporu, odrobina szaleństwa czy seksualna zmysłowość. Dzięki temu spektakl niesie ze sobą jasne przesłanie - bez względu na sytuację trzeba żyć pełną piersią, bez oglądania się na innych.

Ilustracjami do ruchu są tu kolorowe grafiki autorstwa gdańskiego artysty Mateusza Skutnika, które powstały na bazie pięciu obrazów Kahlo, w tym ostatniego pt. "Viva la vida!". Fakt, że wśród wybranych prac nie znalazły się słynne autoportrety, stanowią niemal 1/3 twórczości Meksykanki, świadczy o tym, że tancerzy zainspirował bardziej jej artystyczny przekaz, a nie popularność samej postaci. Dzięki temu założeniu spektakl uwalnia się od konfrontacji z filmem Julie Taymor, a najważniejsze są w nim nastroje, baśniowe kolory i drobne, ale znaczące, elementy z płócien Kahlo.

I jeszcze jedno - chyba nie przypadkiem Teatr Okazjonalny zdecydował się nadać "Viva..." charakter plenerowy. Podczas Sztuki Ulicy na scenę wtargnął bezprawnie pies. Przez chwilę przyglądał się tańczącym i wolnym krokiem, niczym jeden z aktorów, zszedł do widowni. Za mną jeden z oglądających komentował choreografię przez telefon komórkowy: "Yhym, yhym... patrzę teraz na taniec...". Dodatkowo widzowie siedzieli na ziemi i spektakl oglądało się... zza krat (a konkretnie zza metalowych prętów bramek odgradzających plac gry). To wszystko, a może się to przecież zdarzyć podczas każdej prezentacji ulicznej, nadało "Viva la vida!" niezamierzonego, ale z pewnością pożądanego surrealizmu. Swoją drogą od tej klasyfikacji uciekała sama Frida Kahlo, która nie lubiła, gdy krytyka w ten sposób określała jej obrazy, i tego samego zaszufladkowania z pewnością chcieli by także uniknąć twórcy spektaklu: Jacek Krawczyk, Joanna Czajkowska i Iwona Stupiechowska. Jednak w obu przypadkach ów surrealizm istnieje, gdzieś podskórnie się go czuje i odbiera w sposób naturalny.

Taneczna opowieść rozpoczyna się spokojnie, wyznaczonymi na scenie torami idą ludzie. Każdy z nich ma własny cel i rytm. W tle gwar ulicy i wizerunek ogromnego, tętniącego milionem istnień, miasta. Ale oto jeden z wyznaczonych torów (linii życia?) zostaje brutalnie przecięty. W drogę jednemu tancerzowi wchodzi ktoś inny i po chwili już wszyscy się tłoczą przepychają, dotykają. Wydarzenia zaczynają nabierać tempa. Już nie jesteśmy na ulicy, lecz w huczącym tramwaju. Tancerze podnoszą jedną rękę, jakby trzymali się niewidzialnych drążków. I jak każdy z nas z uniesioną ręką i dłonią zaciśniętą w pięść wyglądają tak, jakby wznosili ją także do buntu. Może to bunt przeciwko zamknięciu, sprzecznemu naturze szybkiemu poruszaniu, polityce, a może przeciwko temu, co przypadkiem stać się może... Dla Kahlo taka właśnie niewinna podróż skończyła się tragicznie, kiedy mając lat 15 ledwo przeżyła okropny w swych skutkach wypadek. Wiele lat borykała się z jego skutkami i nigdy już nie mogła żyć tak jak dawniej.

Późniejsze etapy życia Fridy symbolizują w spektaklu Teatru Okazjonalnego sceny w białych gorsetach i te, z użyciem muszli klozetowych. Gorsety w niczym nie przypominają koszmarnego "rusztowania kręgosłupa" (gipsowego, a później metalowego), w jakim malarka uwięziona została na resztę swoich dni. Ale i tak symbol jest wyraźny. Patrząc na ściśniętych materią z fiszbinami tancerzy niemal czujemy jak trudno im się oddycha i porusza. A przecież muszą dalej tańczyć, okiełznać swoje ciała i zmusić je do posłuszeństwa.

Kolejna scena, może dla niektórych zbyt dosadna, to nic innego jak metafora soli życia. Życia sprowadzonego do czynności fizjologicznych, o których na co dzień nie myślimy, ale borykają się z nimi wszystkie ofiary wypadków. Jemy, trawimy, wydalamy. Z czasem nawet w tej wegetacji szukamy jakiś dróg poznania siebie, możliwości wyrażania myśli, ruchu, marzeń. To najważniejsza część spektaklu - skierowana na ważny proces przetwarzania fizycznego bólu w artystyczne piękno. Jego efekty widzimy w ostatniej scenie, w której na slajdach wyświetlane są ogromne czerwone arbuzy, a muzyka niesie nas ku światłu. Tu już nie ma cierpienia, bo koi go sztuka, zapomnienie, taniec i radość życia. Nic dodać nic ująć. Viva la vida! (Niech żyje życie!).

© Sandra Wilk, serwis tańca



główna     serwis tańca     wszystkie recenzje



odkryć strony od 20.10.2000