główna     serwis tańca     wszystkie recenzje

serwis tańca - wolna strefa



Le Ballet Imperial de Russie
8 kwietnia 2002 r., Teatr Roma, Warszawa

dla serwisu tańca
spektakl recenzuje Maria Górska


Rozreklamowany rosyjski balet, firmowany nazwiskiem radzieckiej legendy baletu - Mai Plisieckiej - zdecydowanie rozczarował, choć większość publiczności wydawała się zachwycona obejrzaną składanką taneczną.

Właściwie już pierwsze wariacje skłoniły mnie do porównań z baletem warszawskiej Opery Narodowej. Niejednokrotnie krytykowanym - także za niedostatki choreograficzne, scenograficzne i co tylko się da. I za każdym takim porównaniem wzrastała moja tęsknota za występami naszych gwiazd na warszawskiej scenie. Rosjanie byli poprawni. To może wystarczyć na koncercie dyplomowym szkoły baletowej, ale nie w tym przypadku. Także w ostatnich latach świetni wykonawcy ze wschodu, choćby Ejfmanowski teatr baletu czy oglądany przed kilku laty w stolicy moskiewski balet akademicki (prezentujący naprawdę efektowne wykonanie wirtuozowskiego "Don Kichota") przyzwyczaili warszawskich miłośników baletu do wysokiego poziomu. Ponadto nazwisko Plisieckiej budziło duże nadzieje. Czytelnikom jej autobiografii na pewno pozostała w pamięci krytyka wieloletniego dyrektora Teatru Bolszoj - Jurija Grigorowicza, który więcej uwagi poświęcał dbaniu o swoje stanowisko i legendę niż sztuce przez duże S. Występ Le Ballet Imperial de Russie zapowiadano jako popis gwiazd. Miała temu sprzyjać składanka efektownych wariacji klasycznych, przeplatanych choreografiami współczesnymi.

Niestety, na scenie królowały kicz i efekciarstwo. Zarówno w warstwie inscenizacyjnej jak i tanecznej. Bolał zwłaszcza ten kicz taneczny, gorąco oklaskiwany przez publiczność, która chyba rzadko widuje spektakle baletowe. A szkoda, bo w warszawskiej Operze Narodowej mogłaby obejrzeć dużo lepszych wykonawców, ciekawsze kostiumy i przy okazji posłuchać muzyki Czajkowskiego wykonywanej przez orkiestrę na żywo. Niepojęte były choćby brawa dla Jurija Wyskubenki, po skokach w wariacji ze "Śpiącej królewny". Gdyby ci życzliwi widzowie widzieli kiedyś ten sam fragment w wykonaniu pierwszego tancerza naszego baletu - Sławomira Woźniaka, byliby bardziej powściągliwi po popisach Rosjanina: Woźniak skacze nie tylko wyżej, ale przede wszystkim piękniej. Nie podzielałam też zachwytu Tatianą Prideiną, która zaprezentowała "Umierającego łabędzia" do muzyki Saint-Saensa. Wyobraziłam sobie jedną z naszych pierwszych solistek - Dominikę Krysztoforską - w tej roli. Jej ręce, cudownie wyraziste i miękkie, oraz osobowość sceniczna, niewątpliwie dałyby tej miniaturze odpowiednią treść i oprawę. Gdy w teatrze Roma frenetycznymi oklaskami nagradzano seryjnie wykonane fouettes, pomyślałam ciepło o naszej primabalerinie Elżbiecie Kwiatkowskiej, która nie tylko ten element wykonuje znakomicie w klasycznym "Jeziorze łabędzim". Kwiatkowska ma też to, czego generalnie zabrakło Rosjanom z Le Ballet Imperial - charyzmę. Zadziwiała także prezencja rosyjskiego zespołu. Powszechnie wiadomo, że Rosja, z racji rozległości terytorium, jak też i tradycji, ma zdecydowanie więcej szkół baletowych niż Polska. Przy takiej obfitości dla niejednego zespołu powinno wystarczyć zarówno tych szczupłych, wysokich tancerzy, jak też niższych, bardziej charakterystycznych. Tymczasem wśród pań zdarzyły się nie więcej niż dwie w typie danseuses nobles, a wśród panów było jeszcze gorzej. Chyba tylko brakowi samokrytyki zawdzięczaliśmy występ dyrektora artystycznego Le Ballet Imperial - Gedyminasa Tarandy. Wiek w zasadzie nie przekreślał możliwości jego występu (o kilka lat dłużej występuje na warszawskiej scenie Łukasz Gruziel, wciąż precyzyjny i pełen werwy), ale figura - zdecydowanie tak. Najwyraźniej nie tylko Grigorowicz przywiązał się do swojej niegdysiejszej świetności (Taranda był głównym solistą Teatru Bolszoj).

W zalewie tandety i złego smaku dało się wszakże zauważyć kilka jaśniejszych punktów. Wśród solistów zdecydowanie wyróżnił się Artiom Michajłow - pełen wigoru tancerz charakterystyczny (choć jego wykonanie tańca ukraińskiego niebezpiecznie balansowało na granicy cepeliowskiego popisu). Ciekawy był pomysł choreograficzny na finałowego kankana. Nikołaj Anochin uczynił głównymi bohaterami tego kabaretowego tańca mężczyzn (w tym jeden tańczył na pointach, nota bene czerwonych). Panie tym razem stanowiły tło. Niestety z pomysłu na pastisz wyszedł "numerek pod publiczkę", gdyż tancerze wyraźnie bawili się lepiej niż ta część publiczności, która nie przyłączyła się na zakończenie do owacji na stojąco.

Żal tylko, że entuzjazm widzów został kupiony tak tanio. Jeżeli gust naszej baletowej publiczności mają kształtować tego typu widowiska (nierówny misz-masz firmowany znanym nazwiskiem), to nieprędko wytworzy się moda na oglądanie baletów w warszawskiej Operze. A może by tak wzorem części operowej Teatru Wielkiego zaangażować jakiegoś młodego zdolnego twórcę (patrz: reżyser filmowy Mariusz Treliński), którego pochwali gwiazda światowego formatu (Trelińskiego - sam Placido Domingo) i prasa dostępna nie tylko wielbicielom sztuki (patrz: Paszport "Polityki" dla Trelińskiego)? Taki zdrowy szum, dla dobra baletu i widzów...

© Maria Górska, serwis tańca



główna     serwis tańca     wszystkie recenzje



odkryć strony od 20.10.2000