główna     serwis tańca     wszystkie wywiady

serwis tańca - wolna strefa



Nie przekraczam strefy cienia
- mówi Anka Jankowska, Theatregroup Trava,
przed polską premierą spektaklu "Tonic"
w ramach projektu Republika Tańca
15 czerwca, Teatr Mały, Warszawa 2002



Dlaczego w "Tonicu", spektaklu o przenikającej nas samotności, pomiędzy tancerzami zachodzi intereakcja?

Spektakl opowiada o dwóch samotnych istnieniach, które mimo wszystko nie są tak końca samotne, bo przecież w nawet jeżeli przepełnia nas ów stan odrzucenia, odizolowania emocjonalnego od świata, pustki, widzimy jednak dookoła siebie inne istnienia. Możemy jedynie podejrzewać, że być może są także samotne. Interakcja aktorów "Tonicu" na scenie jest raczej obserwacją, niż podaniem ręki. Opowiadamy o tym, jak funkcjonując razem w jednym świecie, nie jesteśmy w stanie się dotknąć. Nie potrafimy zatopić się w drugim człowieku i istniejemy zgodnie z własnym rytmem, we własnym śnieniu, a między nami istnieje smuga, strefa cienia, której nigdy nie przekroczymy. Ta strefa cienia zaistniała w spektaklu fizycznie na scenie. Nasza praca została tak zaplanowana, że istniejemy na dwóch przeciwległych punktach, a oddziela nas ciemność. I żadna z nas nie przekracza tej tajemnicy, tak jak nigdy nie przekraczamy jej w życiu.

Podobna strefa cienia de facto istnieje pomiędzy widzem a aktorem...

"Tonic" mówi także o prywatnej sytuacji aktora na scenie. Postaci, które tworzymy na scenie nie są tradycyjnymi postaciami teatralnymi, lecz naprawdę wypływają z nas samych. W innych spektaklach Travy bohaterowie są w pewien sposób wykreowani, tutaj są jedynie na granicy tej kreacji. Opowiadają o naszej podświadomości, o tym, jakie jesteśmy naprawdę, jak żyjemy, jak myślimy i do czego nawet sobie samym się nie przyznajemy. Ponieważ pewnych zdarzeń i wynikających z nich emocji nie okazujemy w życiu codziennym, to automatycznie powstaje owa bariera nie do przekroczenia, bariera milczenia, ślepoty. "Tonic' obnaża relację aktor widz, bo na scenie (także technicznie) jesteśmy widzami. Ja jestem widzem Heini Nukari, obserwuję ją, gdy ona pracuje, Heini Nukari obserwuje Ankę Jankowską, patrzy jak ja pracuję. Wzajemnie na siebie działamy, tak jak aktor działa na widownię. Heini pociąga mnie w świat odrębnej dla niej wyobraźni. To samo się dzieje w drugą stronę. A więc stawiamy się w sytuacji tego, który jedynie obserwuje, wiedząc, że nigdy do końca się nie dowie co tkwi w drugim człowieku, może tylko dotykać końcem palca zjawisk, których nie da się określić słowami.

Spektakl jest zbudowany z dwóch niezależnych solo rozgrywających się na przeciwległych krańcach sceny, ale czy istnieje możliwość, że podczas któregoś ze spektakli któraś z was zostanie emocjonalnie wciągnięta w opozycyjny świat partnera?

Ta granica jest przekraczana na końcu w każdym ze spektakli. To jest chwila, która w opiniach rozmaitych widzów jest najdziwniejszym momentem "Tonicu". Przekroczenie następuje jedynie między nami, wchodzimy w jedną plamę światła, tu się stykamy, ale nie dotykamy się fizycznie. Istniejemy. Dla mnie ma to symboliczne znaczenie, bo nawet jeżeli jesteśmy z kimś ogromnie blisko, kiedy wydaje się, że nasze serca biją jednym rytmem, to i tak nigdy się nie dotkniemy i zostaniemy samotni do samego końca.
Ten szczególny spektakl rzeczywiście ma ogromne możliwości zmiany, ale nie chodzi tutaj o drastyczne przekroczenie bariery cienia. Tego na scenie raczej bym nie zrobiła. Ale mimo tego "Tonic" i tak jest dla mnie jest nieprzewidywalny. Przyczyną jest wypracowana przez nas metody obserwacji. W zależności od tego jak emocjonalnie rozwinie swoją część mój partner, tak zmienia się cały spektakl i dla mnie. Upraszczając - nigdy nie wiem czy będzie dla mnie smutny, przerażający, czy pociągnie mnie gdzieś bardzo głęboko, czy zostanie bliżej powierzchni. Z każdą prezentacją czuję jak się we mnie rodzi emocja, zaskakujące, że każdego wieczoru inna. Kierując się nią prowadzę dalej spektakl...

Czy po zrobieniu "Tonicu" zmieniła się twoja relacja widz-aktor?

Tak. Zaczęłam dostrzegać jak trudno jest przekroczyć granicę między widzem a aktorem, bardzo często widzę prywatność aktora. W dobrym tego słowa znaczeniu - tj. widzę bazę z której wychodzi emocjonalnie pracując na scenie.

Dlaczego do kameralnego w swoje formie spektaklu została wybrana tak mocna, agresywna muzyka?

Ruch jest minimalistyczny i często jest ruchem powstrzymywanym. Próbujemy kontrolować wszystko to, co ludzi porusza, a nad czym nie potrafią panować - strach, panikę, stan przed zemdleniem. Wszystko to przedstawiamy za pomocą minimalnych ruchów, za którym kryje się krzyk. Muzyka pozwala nam pokazać nasze wnętrze, w którym kryje się właśnie krzyk i wibracja.

Czy "Tonic" jest spektaklem, który może aktora wyczerpać emocjonalnie?

Zdecydowanie tak. On dotyka rzeczy, których ja się sama boję i nigdy nikomu o tych lękach nie powiedziałam. Mało tego chyba nie byłabym ich w stanie nawet zwerbalizować. "Tonic" jest gdzieś o mojej podświadomości, o mojej wędrówce po najciemniejszych zakamarkach osobowości, ale których często nie chcemy badać, bo się ich boimy. W związku z tym za każdym razem kiedy przechodzę tę ścieżkę w ciągu tych 45 minut jestem wyczerpana i zmęczona. Działam gdzieś na granicy podświadomości i muszę to w jakimś sensie kontrolować, by się nie zapaść w czarną dziurę depresji.
Zawsze mnie interesowała podświadomość, szamanistyczne podróże. Myślę, że kiedy po raz pierwszy odbywamy taką niezwykłą fascynującą szamańską podróż nigdy nie wiadomo dokąd nas ona zaprowadzi. Z każdym następnym razem lepiej poznajemy ścieżki, czarny tunel w który wchodzimy i już nie boimy się dotknąć jego ścian. Oczywiście nie chcę traktować teatru jako psychoterapii, bo to nie o to chodzi. Nie występujemy na scenie dla siebie, tylko dla widza, ale interesuje mnie, gdzie mogłabym widza poprowadzić trzymając go za rękę, mając lepszą świadomość tego, co się ze mną dzieje. Przyznam, że pierwsze spektakle były na granicy ryzyka, dziś trochę lepiej potrafię wyczuć materię, w której się poruszam. A tylko od mojej świadomości zależy, czy widz będzie mógł pójść ze mną w tę podróż i jak uda mi się wskazać mu drogę.

Dlaczego wybrana została forma dwóch solówek połączonych w jeden spektakl? Może łatwiej byłoby pokazywać drogę w duecie?

Zrobiłyśmy ostatnio kilka duetów i byłyśmy trochę zmęczone ich formą, w perspektywie następnego spektaklu tego typu nie czułyśmy wyraźnej inspiracji, powstał wówczas pomysł, by stworzyć dwa spektakle solowe. Zaczęłyśmy pracować osobno. A potem okazało się, że nasza praca niezależnie przebiegała nad jednym tematem. Podczas rozmów o spektaklach okazało się, że jesteśmy tak blisko, że w zasadzie możemy mówić o pewnej formie scenicznego dialogu ciała, pytań i odpowiedzi. Powstała praca, w której każda z nas pracuje we własnym rytmie. W duetach, jakie tworzyłyśmy do tej pory, chcąc nie chcąc ze względu na nasze warunki fizyczne, zawsze zbliżałyśmy się do czegoś, co można by nazwać istotą sklonowaną. Nasze postacie były albo identyczne, albo bardzo do siebie podobne.

Mimo kreacji dwóch różnych postaci wasze podobieństwo w "Tonicu" nadal jednak dla widza istnieje.

Zawsze procesujemy siebie, nasza estetyka jest podobna. Dla nas różnice między scenicznymi postaciami bywają gigantyczne. Dla widza te postaci są z jednego świata, który jest tak dalece obcy widzowi, że owych różnic nie jest w stanie zauważyć. Obserwujemy podobne mechanizmy w naszym życiu - dla białego człowieka cała czarna czy żółta rasa jest podobna. Dla Europejczyka każdy Japończyk czy Chińczyk będzie się wydawał nie do rozróżnienia.

Dlaczego więc nie przechodzi w was ogromna przemiana, która zaskoczy widza zupełnie inną, nieznana estetyką?

Estetyki nie da się całkowicie odrzucić. Nikt nie potrafi do końca wyzwolić się z konwencji, sposobu postrzegania. Taka przemiana może zajść w człowieku raz, dwa razy w życiu. Dla artysty jest ona ogromna i bardzo znacząca dla całej twórczości. My na razie takich przemian nie przechodzimy, przechodzimy ewolucję. Estetyki nie możemy po prostu odrzuć, bo na dzień dzisiejszy w ten sposób przeżywamy i w ten sposób widzimy świat.

Ale przecież to tylko teatr - tu można oszukać widza, złapać go w sidła ułudy.

Mówimy o innym teatrze. Łamanie konwencji patrzenie z innej strony - to wydaje mi się robimy, ale nigdy nie wyjdziemy poza ramy naszego umysłu. Przypuszczam, że gdyby się w przy produkcji spektaklu Travy pojawił reżyser, który chciałby zrealizować własny spektakl, swoją wizję, mógłby nam ją narzucić. Ale skoro pracujemy same, to mimo że walczymy z utartymi ścieżkami własnego myślenia działamy zgodnie z kodami postrzegania świata i to jest jedyny materiał, na którym możemy się oprzeć.

© Sandra Wilk, serwis tańca


główna     serwis tańca     wszystkie wywiady



odkryć strony od 20.10.2000