główna     serwis tańca     wszystkie wywiady

serwis tańca - wolna strefa



Zarabiałem na ulicach
- mówi francuski choreograf Josef Nadj

podczas spotkania zorganizowanego przez Instytut Francuski
w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie
z okazji prezentacji spektaklu "Oczekiwanie"
w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w dniach 9-10 kwietnia 2002 r.

Moja droga artystyczna jako choreografa jest dosyć nietypowa. Spotkanie ze sztuką rozpocząłem bowiem od studiów grafiki, rysunku i fotografii i nigdy nie sądziłem, że będę zajmować się teatrem. Obok rysunku zawsze interesowała mnie literatura piękna i muzyka współczesna. Będąc dzieckiem uprawiałem dużo sportu, zajmowałem się sztukami walki - judo, karate - ta fascynacja rozwijała się równolegle z miłością do futbolu. Grałem w piłkę jako bramkarz, miałem nawet kilka interesujących menedżerskich propozycji, by zostać bramkarzem w zawodowej drużynie piłkarskiej (przyznam, że odmówiłem z trudnością). Podsumowując, do osiemnastego roku życia zajmowałem się głównie rysunkiem, bo byłem uczniem liceum plastycznego, znacząca zmiana w moich planach artystycznych przyszła w momencie, w którym musiałem odbyć służbę wojskową. Zdecydowałem się pójść do wojska jak najszybciej, by mieć to za sobą, a dopiero później zdawać na studia. Tak więc, mając 19 lat, znalazłem się w szeregach armii byłej Jugosławii, a podczas tej służby wszystko w moim życiu się przewartościowało. Armia wydelegowała mnie w góry w Bośni-Hercegowinie na manewry wojskowe.

W niezmiernie trudnych warunkach bytowych, w jakich nagle się znalazłem, każdą chwilę wykorzystywałem na studiowanie literatury. W lewej kieszeni zawsze nosiłem książkę starając się podsycać swoją pasję. Niestety mój kapitan zabronił mi czytania. Udało mi się jednak wynegocjować z nim porozumienie, bym mógł nosić kilka kartek papieru. Przepisałem na nie kilka istotnych fragmentów prozy i poezji, która mnie interesowała i tak starałem się psychicznie przetrwać. Zacząłem wówczas także szkicować moje wrażenia, z tego co mnie otacza, moje wrażenia z lektury, Wyciąłem w kartce kwadrat, kadr, przez który patrzyłem jak przez oko kamery na świat. Okropne warunki tego okresu uświadomiły mi, że do pracy, myślenia i twórczej analizy sytuacji potrzebna mi jest zaledwie jedna kartka papieru. Wypracowanej w Bośni ową metodę pisania na kartkach stosuję zresztą do dziś.

Po zakończeniu służby wojskowej przeprowadziłem się do Budapesztu, by studiować historię sztuki. Tam z kolei przez zupełny przypadek zetknąłem się z teatrem ruchu - po prostu na uczelni otworzyłem drzwi do sali, w której odbywała się próba. Wiedziony ciekawością wszedłem, a prowadzący zachęcił mnie do ćwiczeń. Po zajęciach nauczyciel zapytał mnie, gdzie wcześniej pobierałem lekcje, gdzie się uczyłem. Odrzekłem oczywiście, że nigdzie, on poprosił, bym wrócił, bo mój ruch jest ciekawy. Przyszedłem więc na kolejne zajęcia i po kilku miesiącach pracy zrozumiałem, że praca z ciałem nad ciałem jest tym, co mnie pasjonuje, interesuje... W trakcie powtarzania żmudnych ćwiczeń zdecydowałem, że moja droga twórcza będzie związana właśnie z teatrem ruchu.

Nie skończyłem nawet pierwszego roku studiów i wyjechałem Orient Expresem z Budapesztu do Paryża. Moi rodzice byli jeszcze przez długi czas przekonani, że wciąż studiuję w Budapeszcie, podczas gdy ja niespodziewanie napisałem do nich z Paryża, że chcę zostać tancerzem. Rodzina, myśląc, że jest to młodzieńczy wybryk, który minie, oczywiście nie pochwalała mojego wyboru, ba nawet wystawiono mi opinię wariata, tak więc absolutnie nie mogłem liczyć na żadne finansowanie mojego pobytu we Francji. Od pierwszych dni pobytu w Paryżu musiałem utrzymywać się sam - zarabiałem na ulicach wykonując gagi i skecze. Zrządzeniem losu w trakcie jednego ze skeczy zostałem zauważony przez pochodzącego z Malezji choreografa Larriego Leonga, który zaproponował mi pracę w swoim zespole. Oczywiście zgodziłem się, stałem się członkiem jego ekipy i pracowałem dzień i noc, aby dostosować się do poziomu reprezentowanego przez tancerzy jego grupy. Dzięki niemu znalazłem się w środowisku tancerzy Paryża, poznałem choreografów, z którymi później tańczyłem (Sidonie Rochon, François Verret, Mark Tompkins, Catherine Diverres).

Pracowałem też w Internationale de Mimodrame Marcela Marceau (1980-1982) i w szkole Etienne Decroux. W latach 80. zajmowałem się także techniką butoh, brałem lekcje teatru m.in. w technice klaunady. Przez krótki czas uczęszczałem na zajęcia Ryszarda Cieślaka, który wtedy już po współpracy z Grotowskim, zaczynał pracować z Peterem Brookiem.

W 1986 roku postanowiłem wyreżyserować swój pierwszy spektakl z założonym przeze mnie Théâtre JEL "Canard Pekinois" ("Pekińska Kaczka"). Spektakl oparty został na kanwie moich wspomnień z dzieciństwa, przywołuje okres, kiedy uprawiałem sztuki walki. Wówczas naszym miejscem ćwiczeń był stary teatr w Wojewodinie, w mieście, z którego pochodzę. Słyszałem wiele anegdot na temat aktorów, którzy niegdyś grali w tamtym teatrze - np. po premierze "Księżniczki Czardasza" wielu z jego aktorów popełniło samobójstwo. Aktorzy, po tym co przeżyli produkując ten spektakl, nie mogli już sprostać życiu codziennemu. Swoją pracą chciałem złożyć hołd im i podobnym im aktorom, którzy są w stanie oddać swoje życie sztuce.

Produkując "Canard Pekinois" nie chciałem działać, tak jak najczęściej pracują młodzi, nieznani choreografowie. Oni tworzą część sztuki i startują z nią w miedzynarodowych konkursach dla choreografów, po wygraniu konkursu za pieniądze z wyróżnienia kończą i wystawiają spektakl. Moim celem było stworzenie od razu całej sztuki, miałem spójny koncept, na którym chciałem się oprzeć, co uniemożliwiało stworzenie jedynie jej fragmentu. Ministerstwo Kultury odmówiło mi wsparcia finansowego, o jakie prosiłem - nie dziwi mnie to, bo byłem zaledwie początkującym choreografem. Sam więc sfinansowałem moje pierwsze przedstawienie (w tym samym roku moi dziadkowie zmarli w Jugosławii, odziedziczyłem po nich dom, a z pieniędzy ze spadku wystawiłem swoje pierwsze przedstawienie). Na paryską premierę w 1997 roku zaprosiłem krytyków, dzięki którym mogłem stworzyć swoje pierwsze prasowe dossier. Od kolejnego przedstawienia otrzymywałem już (z różnych źródeł) wsparcie finansowe. Od tamtego dnia mam też swój zespół - składał się z tancerzy węgierskich, których poznałem wcześniej w Budapeszcie i Francuzów. I tak jest do dzisiaj połowę zespołu stanowią Węgrzy połowę Francuzi. Większość z nich pracuje ze mną do dziś.


Josef Nadj - Jest Serbem z Wojwodiny, od 1980 roku mieszka i pracuje we Francji, W 1986 roku założył w Orleanie własny zespół artystyczny, kształcił się m.in. u Marcela Marceau i Etienne de Creux. Od 1995 roku jest dyrektorem Narodowego Centrum Choreograficznego w Orleanie. Wszystkie spektakle Nadja są w równym stopniu konstrukcjami literackimi, co teatralnymi i choreograficznymi. Jego "Czuwanie" ("Les veilleurs"),inspirowane prozą Kafki, kreuje tajemnicze i wieloznaczne obrazy sceniczne świata, którym rządzi absurd i przypadek. Spektakl spotkał się z dużym uznaniem krytyki francuskiej, otrzymał także "Złotą Maskę" za najlepsze zagraniczne przedstawienie pokazywane w Rosji w 2000 roku. "Dekoracja w stylu wiejskiej gospody, galeria niepowtarzalnych figur, mężczyźni-stoły, kobiety-chmury, postacie wbite w ścianę, kompilacja ciał rzuconych jak sterta ubrań na kanapę - te wszystkie obrazy współgrają z rytmem i surowością spektaklu tworzonego przez mistrza. Styl tego artysty cechuje mroczność, harmonia i intensywność" - pisała o "Czuwaniu" gazeta "La Republique du Centre".

© serwis tańca

główna     serwis tańca     wszystkie wywiady



odkryć strony od 20.10.2000